Interesuje cię nowa powieść Olgi Tokarczuk i szukasz tła historycznego dla opowieści o powojennych przesiedleniach? Z tego tekstu dowiesz się, skąd wziął się jej pomysł, czym były masowe migracje po 1945 roku i dlaczego właśnie dziś ta historia wraca z taką siłą. To także próba pokazania, jak literatura potrafi opowiedzieć przesiedlenia inaczej niż szkolny podręcznik.
O czym ma opowiadać nowa powieść Olgi Tokarczuk?
Olga Tokarczuk od lat mieszka na Dolnym Śląsku, w przestrzeni, która po II wojnie światowej została całkowicie wymieniona ludnością. W zapowiadanej powieści zapowiada historię jednego z największych przesiedleń w dziejach Europy. Chodzi o wymuszoną wymianę mieszkańców na terenach Dolnego Śląska, Pomorza, Warmii i Mazur po 1945 roku, gdy Niemcy musieli opuścić swoje domy, a na ich miejsce przybyli Polacy z Kresów, centralnej Polski i innych regionów.
Pisarka mówi wprost, że na te ziemie trafiły wielomilionowe grupy ludzi o innym języku i kulturze, w tym jej własna rodzina. To nie będzie więc tylko opowieść „o Niemcach” czy „o Polakach”, ale o całej mozaice przesiedleńców. Tokarczuk zwraca uwagę, że ta historia wciąż nie została porządnie opowiedziana w polskiej literaturze. Dlatego traktuje ją jak osobisty dług wobec miejsca, w którym żyje.
Dlaczego Dolny Śląsk jest tak ważny?
Po 1945 roku Wrocław, Legnica, Wałbrzych czy Jelenia Góra stały się miastami prawie całkowicie „nowymi”. Wypędzono z nich dawnych mieszkańców, a na ich miejsce przywieziono ludzi z Kresów, centralnej Polski, południa kraju. W jednym domu potrafili spotkać się przesiedleńcy z Wileńszczyzny, rodzina ze Lwowa i ktoś przyjezdny spod Łodzi. Wszyscy żyli w przestrzeni naznaczonej po niemiecku opisanymi przedmiotami i tabliczkami.
Tokarczuk od lat pokazuje, jak hybrydyczna tożsamość i „mieszanie kultur” stają się podstawą współczesnego myślenia o Polsce. Dolny Śląsk jest idealnym laboratorium takiego doświadczenia. Tu powojenne przesiedlenia zostawiły ślad nie tylko w pamięci rodzin, lecz także w języku, krajobrazie, nazwach ulic, cmentarzach i porzuconych przedmiotach codziennego użytku.
Jakie wątki mogą pojawić się w powieści?
Tokarczuk zapowiada, że chce opowiedzieć o przesiedleniach szerzej niż w swoich wcześniejszych książkach. W „Opowieściach ostatnich” już dotykała losów ludzi wypędzanych z Ukrainy czy Litwy, ale nowa powieść ma się skupić właśnie na wymianie ludności na zachodzie i północy Polski. Można spodziewać się motywów, które często pojawiają się w literaturze o przesiedleniach: obcego domu, znalezionych listów, zostawionych fotografii, cmentarzy z obco brzmiącymi nazwiskami, nagłej utraty „małej ojczyzny”.
Autorka interesuje się też pytaniem, kto ma prawo mówić o cudzym cierpieniu i jak opowiadać historię tak, by nie zamieniała się w konkurs krzywd. W rozmowach przyznaje, że literatura potrzebuje nowych narratorów. Dlatego można się spodziewać zaskakującej perspektywy – nie tylko ludzkiej, ale może również „miejskiej”, zwierzęcej czy przedmiotowej.
Czym były powojenne przesiedlenia na Dolnym Śląsku?
Między 1945 a 1948 rokiem Europa stała się sceną gigantycznego ruchu ludności. Historycy mówią o około 9 milionach ludzi przestawionych z miejsca na miejsce. Dolny Śląsk i inne „Ziemie Odzyskane” były jednym z głównych kierunków tych migracji. Stare rodziny niemieckie wywożono w głąb Niemiec, a ich miejsce zajmowali Polacy – wypędzeni z Kresów, repatriowani z głębi ZSRR, przesiedleni z innych części kraju.
Przymusowa wędrówka miała podobny scenariusz niezależnie od narodowości: nagły rozkaz, pakowanie dobytku w pośpiechu, podróż w bydlęcych wagonach, niepewność co do celu. Tyle że jedni jechali „na zachód”, inni „na wschód”, ale wszyscy tracili dotychczasowy dom. To właśnie ten podwójny ruch – opuszczanie i zajmowanie tych samych przestrzeni – interesuje dziś badaczy kultury i pisarzy.
Jak literatura wcześniej opowiadała przesiedlenia?
Przez długie lata polskie książki skupiały się głównie na historii „naszych”: na wyjazdach z Wileńszczyzny, Polesia, Wołynia, Lwowa. Aleksander Jurewicz pisał o Białorusi, Stefan Chwin i Zbigniew Żakiewicz o Litwie, Adam Zagajewski o utraconych miastach dzieciństwa, a Olga Tokarczuk w „Opowieściach ostatnich” pokazywała bohaterów wyjeżdżających z Ukrainy. Wspólny mianownik był jasny: Polacy jako ofiary przesiedleń.
Dopiero takie powieści jak „Hanemann” Stefana Chwina czy „Idąc rakiem” Güntera Grassa uświadomiły czytelnikom, że ten sam czas oznaczał także deportacje ludności niemieckiej. Że pociągi jadące w przeciwnych kierunkach przewoziły ludzi równie przerażonych, choć obarczonych inną odpowiedzialnością historyczną. Nowa książka Tokarczuk wpisuje się w ten proces „poszerzania pola widzenia”.
Dlaczego temat przesiedleń był tak długo przemilczany?
Po wojnie narrację historyczną zbudowano na prostym podziale: agresor – ofiara. W tej opowieści Niemiec miał być wyłącznie sprawcą, a Polak – wyłącznie pokrzywdzonym. Cierpienie przesiedlanych Niemców traktowano jako „konsekwencję wojny” i temat niewygodny politycznie. W Niemczech obowiązywała długa, zbiorowa pokuta, w Polsce – mit niewinności narodu.
Günter Grass nazwał zignorowanie gehenny uciekinierów ze wschodu „niesłychanym zaniedbaniem”. W jego powieści trzy pokolenia Niemców zmagają się z ciężarem winy, brakiem prawa do skargi i potrzebą opowiedzenia własnego bólu. To z kolei pokazuje, że zamknięcie ust jednej grupie zawsze wraca później w postaci frustracji, radykalizmu, przemocy.
Jak Tokarczuk rozumie rolę opowieści o przesiedleniach?
Olga Tokarczuk uważa, że literatura ma funkcję prawie organiczną: scala i tworzy zbiorowość. Bez opowieści bylibyśmy – jak mówi – „biednymi, prymitywnymi zwierzętami”, pozbawionymi narzędzia dzielenia się doświadczeniem. W przypadku przesiedleń ta funkcja jest szczególnie widoczna. To właśnie opowieści rodzinne, a później książki, pozwalają w ogóle nazwać to, co stało się po 1945 roku.
Pisarka mocno podkreśla też znaczenie mitów i metafor. Jej zdaniem największym zagrożeniem jest dziś literalność i doraźność, która upraszcza rzeczywistość do schematu „winny – niewinny”. A przesiedlenia po wojnie są przykładem historii, której nie da się uczciwie opowiedzieć w czarno-białych barwach. Trzeba języka symboli, warstw i niejednoznaczności.
Dlaczego potrzebni są nowi narratorzy?
Podczas Kongresu PEN Tokarczuk mówiła, że w czasach „totalnej zmiany” nie da się już opowiadać świata z bezpiecznego gabinetu. Żyjemy obserwowani przez kamery, komentowani w mediach społecznościowych, funkcjonujemy na wielu równoległych poziomach. Literatura, jeśli chce nadążyć za tym stanem, musi szukać nowych punktów widzenia.
Autorka przyznaje, że fascynuje ją spojrzenie spoza ludzkiej normy – oczami myszy w jej domu, algorytmu, a nawet narzędzi takich jak ChatGPT. W kontekście przesiedleń może to oznaczać narrację prowadzoną przez miejsce, dom, przedmiot, który „pamięta” kolejnych mieszkańców, albo przez kogoś, kto nie mieści się w prostym podziale Polak/Niemiec/Ukrainiec. To otwiera drogę do innej, mniej nacjonalistycznej historii.
Przedstawianie innych jest projektowaniem tożsamości własnej – im mniej nacjonalizmu w portrecie „Niemca”, tym trudniej podtrzymać skostniałe myślenie o „Polaku”.
Jak polska literatura zmienia obraz Niemca i przesiedleń?
Przez dziesięciolecia obraz Niemca w polskiej kulturze był prosty: okupant, gestapowiec, wróg. Stopniowo zaczęły pojawiać się teksty, które ten schemat rozbijają. Andrzej Szczypiorski w „Początku” pokazał Niemca ratującego Żydówkę z warszawskiego Gestapo. Stefan Chwin w „Hanemannie” stworzył postać melancholijnego Niemca zostającego po wojnie w polskim mieście, złamanego prywatną tragedią, a nie militarną klęską.
Takie książki demilitaryzują niemieckiego bohatera, wyciągają z zapomnienia wrażliwą linię kultury niemieckiej – od Caspara Davida Friedricha po Heinego. W tle pojawia się też doświadczenie niemieckiej ludności cywilnej w 1945 roku: ucieczki, gwałty, obozy pracy, nagłe zderzenie z byciem „nagim życiem” pozbawionym ochrony prawa.
Jak literatura mierzy się z polską winą?
Istnieją także teksty, które wprost opisują przemoc Polaków wobec Niemców po wojnie. Janusz Rudnicki w opowiadaniu o obozie w Łambinowicach tworzy monolog komendanta odpowiedzialnego za śmierć tysięcy więźniów. Bezczelny ton, buchalteryjna dokładność tortur, brak poczucia winy – to celowy zabieg, który zdejmuje z polskiej wspólnoty wygodną maskę niewinności.
Taka proza nie ma na celu zrównania wszystkich zbrodni, lecz pokazanie, że splot nacjonalizmu i stanu wyjątkowego może z tej samej logiki korzystać niezależnie od flagi. Zmusza też do myślenia o wzajemnych roszczeniach: skoro Polacy słusznie domagali się uznania swojej krzywdy, Niemcy mają prawo pytać o los ofiar polskich obozów pracy. Literatura wyciąga te pytania na światło dzienne, nie podając prostych odpowiedzi.
- pokazuje, że cierpienie nie ma jednego „narodowego właściciela”,
- rozbija schemat „oni sprawcy – my ofiary”,
- uczy, jak mówić o winie bez ucieczki w mit niewinności,
- tworzy język dla opowieści dotąd wypartych lub wstydliwych.
Dlaczego opowieści o przesiedleniach są dziś tak ważne?
Nowa powieść Tokarczuk pojawia się w momencie, gdy Europa znów patrzy na wojenne migracje – tym razem na Ukrainie, Bliskim Wschodzie czy w Afryce. Noblistka podczas Kongresu PEN zwróciła się z apelem do ludzi literatury w sprawie Ukrainy, prosząc pisarzy, agentów i wydawców z całego świata, by jeździli tam na spotkania autorskie. Jej zdaniem osobista obecność w kraju, gdzie „nie milkną syreny alarmowe”, ma większą wagę niż deklaracje z daleka.
To pokazuje, że dla Tokarczuk literatura nie jest dodatkiem do polityki, ale formą realnego działania. Opowieści o przesiedleniach po 1945 roku mogą stać się tłem do zrozumienia dzisiejszych wypędzeń. I jednocześnie lustrem, w którym widać nasze własne lęki przed „obcymi”, „przybyszami”, „uchodźcami”.
Jak zmienia się krajobraz wydawniczy wokół tego tematu?
Najbliższe sezony książkowe pokazują, że temat przymusowych migracji, pamięci i tożsamości nie jest marginesem. Oprócz Tokarczuk swoje książki publikują Günter Grass (już w przekładach), Jenny Erpenbeck czy Mircea Cărtărescu, a na polskim rynku ukazują się też reportaże o testach atomowych, biografie Marii Skłodowskiej-Curie czy Mariana Turskiego.
Wspólnym mianownikiem wielu z tych tytułów jest spojrzenie na człowieka w sytuacji granicznej. Czy to wojna, czy eksperyment naukowy, czy przemoc państwa – opowieści wracają do pytania, co dzieje się z jednostką, gdy traci kontrolę nad miejscem zamieszkania, ciałem, własnym losem. Powieść Tokarczuk o przesiedleniach wpisuje się w ten nurt, ale robi to z perspektywy głęboko zakorzenionej w polskim i dolnośląskim doświadczeniu.
W centrum współczesnej antropologii, którą buduje literatura, coraz częściej stoi wygnaniec, a nie człowiek spokojnie zakorzeniony w jednym miejscu.
Jak może na nas zadziałać nowa powieść Tokarczuk?
Tokarczuk wielokrotnie podkreśla, że czytanie o Niemcach, przesiedleńcach, wygnanych ma służyć czemuś więcej niż tylko „przypomnieniu krzywd”. Chodzi o uwolnienie się od ciasnych kategorii narodowych. O przejście od myślenia „Polacy kontra Niemcy” do widzenia konkretnych ludzi, ich ciał, domów, rodzin, lęków.
Nowa powieść o powojennych przesiedleniach na Dolnym Śląsku może – jeśli spełni ambicje autorki – stać się książką, która na nowo poukłada naszą pamięć zbiorową. Nie po to, by cokolwiek wymazać, ale by rozpiąć jedno doświadczenie między wieloma biografiami. I pozwolić ci spojrzeć na własną historię rodziną, na swoje miasto, na nazwę ulicy z nieco innej perspektywy niż dotąd.